"Stacja Jedenaście" stacją, na której zakończyła się podróż.



Czasami mamy tak, że czekamy na coś bardzo długo; myślimy, że to jest to; a później przychodzi spotkanie z rzeczywistością. Tego typu zmieszania doświadczyłam, kiedy do moich rąk trafiła powieść Emily St. John Mandel o tytule "Stacja Jedenaście".

Ciężko mi określić uczucia względem tej książki. Odkąd ją dostałam, miałam ogromny zapał do czytania i właściwie pożerałam tekst, ale niestety tylko na samym początku. Po kilku stronach okazało się, że nie jest ona tym, czym chciałam, aby była.
Zacznijmy od historii na której się opieramy, czytając tę opowieść. Epidemia. Grypa gruzińska. Nie mogę ukryć, że liczyłam na coś mocniejszego, może nie na atak zombie, ponieważ ten motyw powoli zaczął mi się przejadać, ale na pewno nie chciałam śledzić losów niczym nie wyróżniających się bohaterów walczących z grypą, na którą umierają miliony, tak po prostu. Właśnie, bohaterowie. W pewnym momencie zgubiłam się i nie wiedziałam, kto tutaj gra główną rolę - nasz ratownik Jeevan, czy Kirsten, którą spotykamy na początku jako młodą dziewczynkę, a później widzimy ją po piętnastu latach, gdy epidemia wybiła prawie wszystkich ludzi. W książce wszystko dzieje się tak szybko, że szczerze powiedziawszy nie zdążyłam się połapać, kto jest kim, ani kto ma jaki cel poza przetrwaniem. W ciągu stu stron przez tekst przebiegło tylu bohaterów, że nie podołałam spamiętaniu imion poza tą dwójką. Niestety szybkość akcji nie działa na korzyść autorki, ponieważ jest mdła i stała. Nie ma żadnych zwrotów, zaskoczeń, zmian. Przed oczami wciąż maluje nam się ten sam obraz.
W dalszych częściach wszystko zdaje się ze sobą łączyć. Aczkolwiek nadal jest to dla mnie melancholijna i nudnawa opowieść, być może trochę przeze mnie niezrozumiała, jak na przykład kurczowe trzymanie się sztuki przez całą książkę. Podróżujemy z aktorami oraz muzykami, którzy próbują swoją grą ożywić miasto po przejściu epidemii. Poza tym brakuje mi poruszających opisów, smutnych pożegnań z odchodzącymi chorymi, czegoś co obudziłoby we mnie współczucie lub inne emocje.
Książka do mnie nie przemówiła. Nie dostrzegłam w niej blasku, który by mnie przyciągnął i zachwycił. Nie mogę powiedzieć, że to tania, słaba opowieść. Po prostu nie jest w moim guście. Liczyłam na akcję, walkę o przeżycie bardziej w sposób fizyczny, coś fantastycznego. Otrzymałam inną historię, bliską rzeczywistości, poruszającą problemy w pewnym sensie realne. To wzruszająca opowieść dla osób zafascynowanych tego typu motywami. Mnie one nie urzekły.Podczas czytania nie towarzyszyły mi żadne uczucia. Zwyczajnie przebiegłam po tekście wzrokiem i jakoś tak wyszło, że dotarłam do ostatniej kartki książki.
Nie polecam osobom, które potrzebują w książkach czegoś większego niż historii o epidemii i przetrwaniu, bez większego zagłębiania się w walkę. Nie polecam tym, którzy szukają akcji, toczących się bitew i czegoś "mniej naturalnego" niż grypa. Polecam natomiast czytelnikom, którym wystarcza obraz prawdziwego świata po epidemii, a także powoli tocząca się opowieść ukazana z perspektywy kilku bohaterów.

A za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc.
Moją recenzję znaleźć można również na: lubimyczytać; empiku; matrasie

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.