Czechy, czyli dlaczego zniknęłam?

22:44

Znikąd tydzień na blogu był cichy i pozbawiony postów. Ba, nie żyłam w ogóle w social media, utraciłam kontakt z internetowym światem na siedem dni. I wiecie co? Było warto. 


Za namową mojego chłopaka zdecydowałam się wybrać z nim na urlop w góry, do Czech. Nigdy nie byłam zwolenniczką podróży w góry i żadna moja wycieczka z nimi nie kojarzy się dobrze. Jeżeli mam wybierać pomiędzy wodami, a wyżynami to zawsze wybiorę morza i oceany. Aktywność fizyczna polegająca na wspinaczkach czy chodzeniu po szlakach nie przypadła mi do gustu. Ale odkąd byłam w miejscach górzystych i wypełnionych lasami minęło sporo czasu. Ostatnim razem taką wycieczkę odbyłam w podstawówce, więc pomyślałam sobie - może coś się zmieniło, może ja się zmieniłam, zaryzykuję. Spakowałam się i pojechałam. 

Głównym punktem całej wyprawy miały być ośnieżone stoki i zjeżdżanie na nartach (spokojnie, moje zjeżdżanie na nartach nie było w planach; moim celem była tylko obserwacja) jednak nie wszystko poszło zgodnie z planem, a zwłaszcza pogoda, która postanowiła z nas zażartować i zostawić na jednej górze jeden pas śniegu (stok sztucznie ośnieżony). Trzeba było więc znaleźć inne atrakcje, a wtedy oczywiście padł pomysł, który szczerze w głębi duszy negowałam - chodzenie po górach. 
Odbyłam dwie wycieczki tego typu. Pierwszą na samym początku wyjazdu, drugą na końcu. Nie muszę mówić, że byłam uprzedzona do tych podróży, a nawet nie chciałam z nich korzystać. Jestem osobą nadzwyczaj leniwą i kiedy zwiedzanie gór wchodziło w grę, wolałam spać. Ale mój chłopak niestety lubi wyzwania i wyciągnął mnie z pokoju, prawie ciągając po podłodze obierając za argumenty piękne widoki oraz zdjęcia. A że za swój prywatny cel obrałam zrobienie fajnych, ciekawych zdjęć i ogólne przetestowanie aparatu na wyjeździe; zgodziłam się.
Nie mogę powiedzieć, że było łatwo, bo momentami czułam zmęczenie, ale nie było także fatalnie. W trakcie naszej drogi na szczyt myśli o rezygnacji zabrakło, a zaczęłam czerpać w pewnym sensie przyjemność z oglądania niesamowitych krajobrazów. Podziwiałam płynące strumyki, czy zamglone góry. 



Niestety nie udało nam się dojść na sam szczyt ze względu na zgubioną drogę, ale mimo wszystko spotkała nas ciekawa przygoda. W dodatku dopisywał nam humor, więc żadne przeciwności nie pozwalały nam na marudzenie (no, może tylko czasem). Zamiast wejścia na szczyt, zapewniliśmy sobie inne rozrywki, jak na przykład zejście na sam dół przez stromy stok czy przejażdżkę czeskim pociągiem. Podsumowując podróż była przyjemna i na pewno zapamiętam ją dobrze. 


Druga wycieczka przebiegła gorzej, a przynajmniej sam start był najmniej przyjemną rzeczą jakiej mogłam doświadczyć. Początkowo miałam zrezygnować również z tej wyprawy ze względu na godzinę. Wyruszaliśmy o trzeciej w nocy, aby zobaczyć wschód słońca ze szczytu góry. Przeciętny człowiek już na samym początku stwierdza "Cholera, jestem na urlopie, dlaczego mam wstawać tak rano, to miał być w końcu odpoczynek!" i jak można się spodziewać, ja byłam właśnie takiego zdania. Ale chcąc nie chcąc, o trzeciej miałam pobudkę i musiałam ruszyć tyłek "ku przygodzie". 
Wyruszyliśmy trochę po trzeciej, a nasze nastroje (w tym i mój) były całkiem dobre... dopóki nie zaczęły się schodki. 
Już na samym starcie pojawiła się intensywna wspinaczka i moja walka o przetrwanie, którą chciałam porzucić po pięciu krokach. To nie był zwykły spokojny szlak, którym szło się z przyjemnością. Przez dziesięć minut szliśmy w górę i w górę i w górę, aby potem odnaleźć normalną ścieżkę. Ale dwie pierwsze minuty wystarczyły, żebym zwątpiła w siebie i powiedziała samej sobie "dość, nie zrobisz tego". Jednak mimo takich myśli nie wycofałam się, a szłam dalej. Dyszałam, brakło mi tchu, ale nogi cały czas pchały mnie w głąb lasu. 
Później droga była lepsza, ale nadal nie zadowalająca. W porównaniu do pierwszej naszej wyprawy, ta należała do hardcorów. Niestety później nie miałam już możliwości zgłoszenia rezygnacji i starałam się pocieszać faktem, że zrobię zdjęcie panoramy miasta o wschodzie słońca. 



W ciągu godziny praca mojego serca przyśpieszała co najmniej pięć razy. Za każdym razem słysząc szelest bądź łamanie gałęzi, oglądałam się w każdym możliwym kierunku próbując cokolwiek dostrzec pomiędzy krzakami. W pewnym sensie nie chciałam zobaczyć niczego, a już na pewno nie głodnego niedźwiedzia, który wydałby triumfalny okrzyk znalezienia dobrej przekąski. Ale ciekawość wygrywała, a ja zerkałam w głąb lasu. Na moje szczęście, przez całą podróż nie znalazłam niczego poza śladami niedźwiedzich, wilczych, jelenich i kocich lub wiewiórczych łap. Jednak nawet ten widok przyprawiał mnie o dreszcze i nie pozwalał mi iść spokojnie. Ciągle śledziłam odciski, aby dociec, gdzie się kończą bądź urywają i czy pisane nam jest spotkanie z dzikim zwierzęciem, po którym nie wiadomo czego możemy się spodziewać. 
W każdym razie, nie spotkaliśmy nikogo ani niczego, przynajmniej podczas naszej podróży na szczyt. A skoro już o podróży mowa, dotarliśmy przed czasem, dzięki czemu zwolniliśmy tempo wejścia na ostatni "etap" wycieczki. Mając dodatkowe pół godziny rozkoszowaliśmy się powoli rozjaśniającym niebem, które zdążyło nam jeszcze pokazać oświetlone miasto. Aczkolwiek piękny krajobraz skończył się wraz z dotarciem na szczyt, gdzie dopadła nas mgła. Takim sposobem nie podziwialiśmy wschodu słońca, a 2,5h wchodzenia zdało się bezcelowe.



Otóż nie. Mimo wszystkich niedogodności, mojego braku sił, żadnego pięknego widoku podczas wschodu słońca, uważam tę wycieczkę za przydatną. W trakcie drogi powrotnej poddałam się pewnym refleksjom i szczerze przyznaję, że dzięki tej wyprawie bardziej doceniłam pewne rzeczy oraz ludzi. Pokonałam swoje własne słabości, wygrałam ze swoim umysłem, który przez prawie godzinę powtarzał w kółko "NIE, PRZESTAŃ, ZAWRÓĆ, NIE ZROBISZ TEGO". Zauważyłam mnóstwo nowych cech, których wcześniej nie dostrzegałam w moim chłopaku. On również był przyczyną, dla której nie poddałam się i brnęłam w zaparte do samego końca wycieczki. Wsparcie, jakie mi okazał było niesamowite. I pomimo zmęczenia, strachu i braku nastroju na samym początku, muszę śmiało stwierdzić, że nie żałuję pobudki o trzeciej w nocy i pójścia w góry. Dzięki takiej wyprawie o wiele bardziej docenia się życie, bliskie osoby i to, co ma się codziennie. Poza tym, warto jest podejmować wyzwania, określać sobie cele i walczyć do utraty tchu. Życie jest zbyt krótkie, żeby tylko siedzieć przed ekranem komputera albo telewizora zajadając czipsy i narzekając na napotkane przeszkody. Wszelkie trudności należy pokonywać, a nie akceptować je i trzymać przy sobie, aby niszczyły nasze życie.




I podjęłam kolejne wyzwanie - wzięłam udział w Gali Twórców roku 2015. Jeżeli uważacie, że mój blog jest godny przejścia do następnego etapu, głosujcie. Będę niesamowicie wdzięczna. Już jestem.



ps. Tak jak wyżej napisałam, podczas podróży nie spotkałam niczego ani nikogo poza śladami. Natomiast podczas powrotu do domu, gdy zjeżdżaliśmy z góry samochodem, kawałek przed nami na zakręcie, przez ulicę przebiegło zwierzę - prawdopodobnie niedźwiedź. Wnioski do wyciągnięcia pozostawiam Wam.

1 komentarz:

Obsługiwane przez usługę Blogger.