Zanim weszli do labiryntu padł... "Rozkaz Zagłady"




Nie mogę ukryć, że jestem wielką fanką serii "Więzień Labiryntu" chociaż nie zdążyłam zacząć od książek, a swoją przygodę ciągnęłam z filmem... do pewnego momentu. I mimo że film zostawiał po mnie niedosyt i wiele negatywnych opinii, nadal chciałam więcej. Nareszcie dostałam!




Sądzili, że koniec świata już nastąpił. Zanim powstał DRESZCZ, zanim zbudowano Strefę, zanim Thomas znalazł się w Labiryncie, rozbłyski słoneczne wypaliły powierzchnię Ziemi, zabijając większość populacji globu. Najgorsze dopiero nastąpi. Mark i Trina byli tam, gdy to się stało. Przetrwali. Ale teraz wśród ocalałych szerzy się wirus. Wirus, który sprawia, że ludzie wpadają w morderczy szał. Nie ma leku. Nie ma dokąd uciekać. Są przekonani, że istnieje sposób, aby uratować tych, którzy ocaleli – jeśli uda im się przeżyć. Bo w tym nowym, spustoszonym świecie każde życie ma swoją cenę. A dla niektórych jesteś więcej wart martwy niż żywy. Koniec to zarazem początek.




Wielu moich znajomych polecało mi zabranie się za książki Jamesa Dashnera, ale ze względu na brak czasu nie mogłam do nich przysiąść. Na szczęście mamy nowy rok, nowe postanowienia i starą mnie, która nadal kocha książki do tego stopnia, że zdecydowałam się znaleźć czas i poświęcić chwilę "Więźniowi Labiryntu" w wersji papierowej... w dodatku zaczynając od samego początku, czyli prequela. Los idzie ze mną pod rękę, ponieważ książka trafiła do mnie przypadkiem, ale gdy tylko zobaczyłam ją w swoich dłoniach uznałam to za znak. I oczywiście zabrałam się do lektury.

W prequelu Dashner przenosi nas kilkanaście lat wstecz, jeszcze przed powstanie DRESZCZ-u, czy labiryntu i co najważniejsze, daje odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Skąd wziął się wirus? Dlaczego świat w "Więźniu Labiryntu" wygląda w ten sposób, a nie inny? Poznajemy nowych bohaterów, zostawiając na moment tych, których znamy z trylogii. Nie ukrywam, że podczas czytania najbardziej brakowało mi Thomasa, a akcja zupełnie odbiegła od wspomnień, które w "Więźniu Labiryntu" wracały do bohatera. Nastawiałam się na czytanie o losach Thomasa i Theresy przed wstąpieniem do DRESZCZ-u. Natomiast mój luby tylko rozpoczyna oraz kończy książkę. Dashner jednak w tomie 0,5 zadbał, abyśmy mieli równie interesujących bohaterów, a także dobrą historię, która złączy się w jedną całość wraz z trzytomową opowieścią wydaną wcześniej.

James Dashner nawet w pierwszych rozdziałach nie pozwala nam wejść do swojego świata ze spokojem. Akcja ma swój start już na wstępie, kiedy to bohaterowie muszą stoczyć bitwę o przetrwanie z nazywanymi przez nich górolotami. Autor serwuje nam w swojej książce mnóstwo zadowalających i trzymających w napięciu scen walki, nie pozwalając nam nawet na chwilę wytchnienia. Wplatając w fabułę wspomnienia głównego bohatera, Dashner nie zanudza nas jednym i tym samym wątkiem. Dzięki temu zabiegowi dowiadujemy się również w jaki sposób, a także w jakich okolicznościach poznały się osoby, z którymi podróżujemy przez całą książkę. Chociaż muszę przyznać, że postać Marka bardzo przypomina Thomasa. Wydaje się być takim samym młodym, oszołomionym i przede wszystkim przerażonym chłopakiem, który nagle stawia czoło wyzwaniom i koniecznie musi dorosnąć, aby podejmować ważne decyzje niosące za sobą konsekwencje. Zadaję sobie więc pytanie, czy to podobieństwo było celowe?

"Rozkaz Zagłady" zdecydowanie szybko wciąga i nie pozwala z siebie zrezygnować. Dashner nie pozostawia ani po bohaterach, ani po czytelnikach (którzy zaczynają się z nimi zżywać) suchej nitki. Czytając tę książkę, nie można narzekać na brak akcji, ponieważ jest jej aż nad to. Mnóstwo walk, mnóstwo krwi, mnóstwo śmierci. Jednak poza tymi motywami, autor w swojej opowieści zawarł coś jeszcze, co pozwala nam na refleksje. Wśród tej wojny, gdzie toczy się walka o przetrwanie, bohaterowie nie zapominają, jak cenna jest miłość lub przyjaźń.

Mogę śmiało polecić "Rozkaz Zagłady" od którego zaczęłam przygodę książkową z "Więźniem Labiryntu". Bazowałam na informacjach, które zawarto w filmie, jednak to mi wystarczyło, aby łączyć fakty i zrozumieć każdą scenę. Proponuję jednak zabrać się za całą trylogię w wersji papierowej. Z pewnością urzeknie bardziej niż ekranizacja.

Za możliwość przeczytania "Rozkazu Zagłady" dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc. Zdobyć książkę możecie tutaj. A moją recenzję również znajdziecie na portalu LubimyCzytać.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.