"Dary Anioła" - czyli jak ponieść potrójną klęskę.


Jestem ogromną fanką kryminałów zarówno książkowych i filmowych, ale jak każdy z nas, lubię czasem odbiec od wykreowanego schematu, żeby przeczytać lub obejrzeć coś innego. Dla rozrywki, albo zwykłego urozmaicenia, bo warto oderwać się od monotonni. W tym celu często uciekam do świata fantastycznego, gdzie moja wyobraźnia może wysilić się o wiele bardziej i tworzyć w głowie rzeczy nierzeczywiste. Z tym gatunkiem byłam w dobrych kontaktach za czasów gimnazjalnych. Wtedy też spotkałam się z książką "Dary Anioła" Cassandry Clare, na której punkcie w późniejszym czasie wszyscy oszaleli.


"Dary Anioła" są zdecydowanie książką młodzieżową - trochę skomplikowana, pobudzającą wyobraźnię i mającą w sobie nawet wątek miłosny. Zdawać by się mogło, że jest to typowa opowiastka, o biednej nieświadomej niczego dziewczynce i łowcy, który pokazuje ukryty przed główną bohaterką świat demonów, aniołów, wojowników, wilkołaków, wampirów i wiedźm; ale plot, który z początku wydaje się banalny, w późniejszym czasie szokuje i zostawia nas w osłupieniu jednym przełomowym elementem, niszczącym całe nasze ułożone rozwiązanie. A przynajmniej nastolatkom, bo to głównie dla nich jest ta książka. Dorośli mogą mieć odmienne zdanie i celować w nieco ambitniejsze, mocniejsze i bardziej zawiłe pozycje. Kilka lat temu, taka książka wystarczyła, abym miała frajdę i czerpała przyjemność z czytania. Mimo moich pozytywnych odczuć, większość osób bardziej krytykowała niż chwaliła twórczość Clare.



Aczkolwiek cykl miał wystarczające uznanie wśród czytelników, aby można było rozpocząć prace nad adaptacją pierwszej części czyli słynnego "Miasta Kości". Film niestety nie przyniósł oczekiwanego zainteresowania, a powodem tego były liczne zawiłości i niedociągnięcia względem papierowej wersji. Ekranizacja przypominała powtórkę "Zmierzchu", pewne sceny oraz dialogi z drugiej części "Darów Anioła" pojawiały się w pierwszej, a czytelnicy książki nie okazali się być wielkim skupiskiem, które mogło rozsławić film i nakłonić innych ludzi, którym obca jest literatura Cassandry Clare do obejrzenia. Smutne, aczkolwiek prawdziwe.
Ale producenci pomimo klapy nie poddali się i postanowili zekranizować "Miasto Popiołów", które miało ukazać się dwa lata temu. Najwyraźniej, nie wyszło. Nie dlatego, że postanowili dać sobie spokój, po prostu wpadli na "lepszy" ich zdaniem pomysł - Stworzyć serial.



"Na potrzeby filmu trzeba było wyciąć wiele interesujących wątków z książki. Serial pozwoli pokazać wszystko bardziej szczegółowo i nadać historii obecną w książce głębię." 

I w ten oto sposób powstał serial "Shadowhunters", który miał swoją premierę w tym tygodniu. Pomimo wielu opinii mówiących, aby producenci dali sobie spokój, bo "co za dużo to nie zdrowo", serial wszedł na antenę, a zanim to się stało, miał już dość sporą liczbę zwolenników. W tej grupie byłam również ja, cierpliwie wyczekująca na pierwszy odcinek. I chociaż przyzwyczaiłam się do filmowej Lily Collins w roli Clary oraz Jamiego Campbell-Bowera jako Jace'a, postanowiłam dać szansę nowym aktorom. 
Po dwóch odcinkach, które zdążyły mieć swoją premierę, mogę śmiało powiedzieć, że w życiu nie oglądałam tego typu horroru. I wydaje mi się, że jeszcze nikt nie skrzywdził żadnej książki taką ekranizacją, jak producenci Nocnych Łowców. Oglądając ten serial, miałam wrażenie, że "Scream Queens" ma większy sens. 
Podliczając dwa odcinki, okazuje się, że w około osiemdziesięciu minutach producentom udało się nam przekazać połowę treści filmowej, co daje nam jakieś 3/4 treści książki. Zadałam sobie pytanie: Co do jasnej cholery?! Przecież producenci stwierdzili, że serial pozwoli pokazać wszystko bardziej szczegółowo! A tymczasem nastał wielki chaos, a serial najwyraźniej będzie miał jedyne pięć odcinków, bo cała część pierwsza zostanie w nich zawarta. 
Akcja toczy się szybko, za szybko. Już w pierwszym odcinku serialowa Clary dowiaduje się o byciu Nocnym Łowcą, decyduje się zaufać nieznajomym i z przerażonej dziewczynki zamienia się w twardą wojowniczkę, która biegnie na ratunek porwanej mamie. Ale chwileczkę! Przecież ona przed chwilą płakała, popadała w rozpacz i nie wiedziała, gdzie ma się podziać! W przeciągu kilku sekund postanowiła zmienić zdanie? No cóż... kobieta zmienną jest.
Postać Clary jest mocnym szkicem, który wymaga koloryzacji i dopracowania szczegółów. Jej zachowanie oraz nastrój zmienia się z minuty na minutę. W pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się, czy nie jest przypadkiem bipolarna! Najpierw zadziorna osiemnastolatka, później przerażona spanikowana i bezbronna dziewczynka, a potem znowu waleczna, mająca nadzieję i podejmująca ryzykowne decyzje młoda kobieta. Musimy także podkreślić jej naiwność i nadzwyczajną ufność, bo przecież już w pierwszym odcinku, spotykając Jace'a po raz drugi postanawia iść z nim nawet na koniec świata, byle tylko ratować mamę. I oczywiście wpada jej w oko, co od razu zauważa Isabelle. Niesamowite.
Natomiast jeżeli chodzi o głównego bohatera, nie skupia żadnej uwagi widza. Jace niczym się nie wyróżnia od pozostałych. Producenci zapomnieli o jego wyjątkowym charakterze oraz ciętym języku. Zamiast tego, mamy przystojnego aktora, który jest tłem dla swojego serialowego ciotecznego brata, bo to właśnie on przyciąga swoją osobą. Alec jest nieznośnym, nadopiekuńczym i wkurzającym swoją natrętnością braciszkiem. Przede wszystkim jest postacią zapadającą w pamięć. Nie można tego powiedzieć o postaci Jace'a.
W przeciągu czterdziestu minut jednego odcinka dzieje się tyle rzeczy, że nikt nie jest w stanie ułożyć sobie tego w głowie. Chcemy wrzeszczeć, dopytywać się głównej bohaterki, co takiego wyprawia i z jakiego powodu zachowuje się jak blondynka, skoro jest ruda. Cała akcja i sens fabuły przelatuje nam tylko przed oczami. Główni bohaterowie nie są wyraziści, za to ci drugoplanowi owszem. Panuje chaos, nic się ze sobą nie łączy, motywy wbiegają w motywy, postacie nie mają określonych charakterów ani zachowań, przez co wniosek nasuwa się tylko jeden: serial to ogromna pomyłka.
Choćbym chciała i szczerze mówiąc liczyłam na to, że polecę innym ten serial - nie mogę. 

Chętnie poznam Wasze opinie odnośnie styczniowej premiery "Shadowhunters". A może są inne adaptacje, które Wami wstrząsnęły? Zostawcie komentarze!

2 komentarze:

  1. Wiadomo ze nie możemy oczekiwać ze zrobią kopię bo przecież nie o to chodzi, nie powiem akcja toczy sie bardzo szybko ale wielu osobą się to podoba w tym mnie. Czytałam to mniej więcej w tym samym czasie co ty bd w gim i czekałam bardzo długo na ekranizacje. Miasto kosci chociaż nie przedstawiło wszystkiego, ale znowu sie powtórzę nie da sie zrobić kopi książki, wypadło bardzo dobrze obsada miała w sobie to coś, byli bardzo wyraziści a gra ich była na wysokim poziomie. Teraz mamy serial który odnosi wielki sukces, i zgadzam sie co do Jacka ze jest nudny i bardziej interesuje mnie postać Aleca, no ale cóż cieszmy sie z tego co mamy i porwijmy w wir shadowhunters. Przestańmy krytykować i cieszmy się z tego pamiętają że Cassie brała udział w tworzeniu także i serialu. Lovki bae :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Obejrzałam jakiś czas temu film, o którym wspomniałaś. Książek nie czytałam, ale ekranizacja niestety skutecznie mnie zniechęciła do całego cyklu. Wiadomo, że film zawsze jest słabszy, ale i tak. Niby aktorzy ok, ale wykonanie jakieś takie słabe.
    jejwysokoscksiazka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.